O ile wykształcenie Janka – mimo niedogodności finansowych, które jakoś szybko przylgnęły nie tylko do Gabrysi, ale i do niego też – było raczej zgodne z wykonywaną pracą, o tyle rzecz całkowicie różnie przebiegała w przypadku Gabrysi. Jej wykształcenie ani ją osobiście nie satysfakcjonowało, ani żadnych wspaniałych drzwi kariery przed nią nie otworzyło. Socjolog u schyłku komunizmu! Też pomysł! Oczywiście, gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że Gabrysia zdawała sobie sprawę z tego, iż dla kogoś innego, z zupełnie innym charakterem, innym zapatrywaniem na życie, fakt, że się jest socjologiem pracy z ukierunkowaniem na pełnienie służebnej roli wobec załóg pracowniczych w zakładach pracy, wcale przeszkodą być nie musiało. Ci inni na pewno tak by się ustawili w życiu, aby było im dobrze i nie można mieć o to do nich pretensji.
Niestety, Gabrysia tak nie umiała, co chluby jej nie przynosiło, a nawet śmiało można było powiedzieć, że z tego powodu, życiową gapą była wielką. Nie widziała dla siebie zielonego światełka, albo dlatego że na jej drodze życiowej takie światełko się nie paliło, albo jej gapowatość i brak przedsiębiorczości nie pozwalało jej dojrzeć zielonego błysku. Ona jedynie spotkała się z żądnym władzy dyrektorem, który skreślił „socjologa pracy” z listy płac w zakładzie, w którym pracowała Gabrysia, a w którym on rządził. Niesiona falą zmian, na przestrzeni kilku lat, akceptowała proponowane jej różnorodne stanowiska pracy. Przy czym te pierwsze były dość eksponowane, a potem… to już było tylko gorzej. Dlaczego? Dlatego, że Gabrysia nie umiała lawirować, nadskakiwać, mówić, że pada, gdy… i tak dalej.
    Nie można jednak powiedzieć, że Gabrysia poddała się zmianom obiektywnym tak całkowicie bezwolnie. Niedosyt wiedzy w zakresie filozofii, której fascynacji uległa nota bene na owych socjologicznych studiach, spowodował, że zdecydowała się na kolejne studia. Bodźcem jednak do studiowania tej dziedziny wiedzy nie było postawione sobie trzeźwo pytanie: „Co ja w przyszłości będę z tego miała?”, tylko zwykłe idealistyczne stwierdzenie: „Będę to studiować, bo to mi się podoba”. Studia te odbywała w trybie zaocznym. A choć były one skądinąd frapujące i dawały wiele duchowej przyjemności i choć też nie pomogły jej odnaleźć swego miejsca w życiu zawodowym, to jednak tych krakowskich studiów absolutnie nie żałuje, gdyż te kontynuowała ku zadowoleniu siebie, dla swojego wnętrza, bez wymogu, by kiedyś ta wiedza przełożyła się na pieniądze. 
Po pewnym czasie, dokładnie pod koniec studiów na kierunku religioznawstwa i filozofii, okazało się, że ukończenie ich wcale nie było taką rzeczą prostą. Gabrysia wybrała sobie za temat pracy magisterskiej porównanie postaci Sokratesa i Jezusa. To, co pisała, jak ujmowała temat, styl pisania, jakim się posługiwała, użyte słownictwo, oryginalność w stawianiu hipotez powodowało, że promotor był jej dokonaniami zachwycony. Tak bardzo mu się to wszystko podobało, że aż zaangażował do sprawdzania jej pracy swoją osobistą małżonkę, polonistkę. Promotor był naprawdę pod wrażeniem, że można było tak oryginalnie, klarownie i wciągająco pisać. 
    Wszystko układało się świetnie, do momentu przedstawienia przez Gabrysię bibliografii. Kiedy pisała tę pracę, w Polsce jeszcze dominowało komunistyczne podejście do wielu spraw, między innymi do religii też. Czy miało to jakieś znaczenie dla jej pracy magisterskiej? Okazuje się, że miało. Promotor dał jej do zrozumienia, że pod bibliografią, którą ona przedstawiła, on się nie podpisze. Za dużo w niej było literatury „religijnej”. Prawda była taka, że Gabrysia nawet gdyby chciała złamać te proporcje i wzbogacić listę laickich źródeł w bibliografii swej pracy, to nie mogła tego zrobić, gdyż nie udało jej się dotrzeć do takich, o ile takowe w ogóle istniały. Miała do dyspozycji tylko jedną pozycję książkową, traktującą o porównaniu dwóch wspaniałych postaci historycznych, jakimi byli grecki filozof i Mesjasz. Był to niewielkich rozmiarów dokument „Chrystus Pan i Sokrates” Demana. Pech chciał, że tego dokumentu nie napisał żaden komunistyczny badacz, tylko, niestety, holenderski zakonnik. Pozostałe, podane w bibliografii źródła, miały większe znamiona „świeckości”, ale te odnosiły się do problemu jedynie fragmentarycznie, nie ujmując rzeczy całościowo.

    Gabrysia nie bardzo wtedy wiedziała, a i dziś również tak do końca nie rozumie, dlaczego promotor zakwestionował tę bibliografię, choć od początku wiedział, jakimi dokumentami Gabrysia się posiłkuje. Z ostatnich dwóch spotkań ze swoim promotorem, podczas których siedzieli na ławce na krakowskich Plantach, pamięta tylko swój żal, łzy, których żadną miarą nie mogła powstrzymać i przenikające ją na wskroś poczucie bezradności, że nie umie sprostać temu, czego wymagał od niej ten człowiek. Wyraźnie jeszcze pamiętała, jak prosił ją, aby nie wycofywała się z przedsięwzięcia, aby nie rezygnowała. Prosił, by przemyślała tę całą sprawę jeszcze raz. Ale Gabrysia już nigdy nie pojechała do Krakowa w sprawie swojej pracy magisterskiej.
Dziś wie, że nie zrobiła wtedy dobrze, że nie tak należało postąpić. Nie musiała unosić się honorem, bo ani wiek, ani wiedza na to jej nie pozwalała. Nawet, jeśli nie chciała zmieniać koncepcji swej pracy (a pewnie ta byłaby nieunikniona, gdyby miała się posłużyć jakimś innym źródłem historycznym, jako tym wiodącym), to mimo wszystko powinna podziękować promotorowi za pracę włożoną w sprawdzenie tego, co już napisała. A w tych dramatycznych okolicznościach chyba nawet tego nie uczyniła, a przynajmniej nie tak, jak należało. Czasu już się jednak nie cofnie, choć kto wie, czy przeznaczenie o ten etap w jej życiu kiedyś się nie upomni.
Ostatecznie, Gabrysia pozdawała wszystkie egzaminy, uzyskując wysokie i bardzo wysokie noty, ale pracy magisterskiej nie dokończyła i tym samym nie obroniła. Czy zatem można powiedzieć, że już wtedy nie zadbała o swą przyszłość?... Chyba można tak powiedzieć.
    Kiedy pewnego razu Marcysia najadła się dużej ilości słodyczy i Gabrysia stanowczo zakazała dalszej konsumpcji, twierdząc, że już nic słodkiego w domu nie ma, Marcysia desperacko, stawiając wszystko na jedną kartę, powiedziała:
 - No to pokaż mi to, jak ich nie ma.
 Tak wtedy to Marcysia ujęła, a teraz, gdy siedzieli sobie oboje z Jankiem na ławce w ich ogrodzie, przy jesiennym ognisku i dyskutowali o tym, jak to ich wiedza, wykształcenie zawodowe i oczekiwania raz spotykają się, raz rozmijają, raz ignorują wzajemnie, Janek sparafrazował to ryzykowne w swej logice powiedzenie córki, dorzucając do tego nutkę cynizmu:
- No, właśnie. Pokaż mi „jak nic z tego nie masz”; ty ze swoich studiów, jednych i drugich, a ja „jak nic nie mam” z niezostania na uczelni. Nie możesz mieć żalu do siebie za dokonane kiedyś wybory i ja też nie mogę wszystkiego potępić w czambuł. Wybory były jakie były. Zawsze jest jakieś ryzyko, podejmując jakąkolwiek decyzję. Nawet ci, którzy wyszli dobrze na swoich wyborach, w momencie ich podejmowania, też nie wiedzieli, co tak naprawdę z nich wyniknie. Nasze wybory, gdy ich dokonywaliśmy, były według nas najlepsze z możliwych. Takich wyborów dokonaliśmy, bo tacy, a nie inni, jesteśmy. Tego nie da się przecież zmienić. A to, że nic z nich nie wynika… Właściwie, to wcale tak nie jest.
- Bawisz się w Marcysię? ”– zapytała Gabrysia. - „Pokaż mi, jak ich nie ma”. No tak, wtedy, gdy Marcysia mi to oznajmiła, otworzyłam szafkę i pokazałam dziecku „jak ich nie ma”. Słodyczy, rzecz jasna. To szafka ze słodyczami. A nasze szafki życiowe? Nasze szafki, według ciebie, są w połowie pełne, według mnie - w połowie puste. Czujesz różnicę? Ty rozumujesz w ten sposób: co prawda, nie do końca mam to, co chciałem, ale mam jeszcze coś, czego nie chciałem. Może jednak da się coś z tym zrobić? A ja myślę tak: nie mam tego, co bym chciała, a tego, czego nie chciałam, nie potrzebuję, więc już nic nie da się zrobić – tu Gabrysia na chwilę się zamyśliła. - Choć takie sposoby analizowania też nie do końca są takie jednorodne, bo przecież i ty przy swoim optymizmie jesteś trochę pesymistą i ja przy moim pesymizmie jestem trochę optymistą. A prawda o nas - jak każda prawda - zawsze leży gdzieś pośrodku. Moje pierwsze studia były… no, powiedzmy, takie sobie. Owszem, wybrałam je sama, ale wtedy, gdy tego dokonywałam, tak faktycznie nie umiałam dokonywać wyboru. W podejmowaniu takich decyzji ja byłam opóźniona w rozwoju. Inni byli odważniejsi. Wówczas, dla mnie każdy wybór mógł być zły i każdy mógł być dobry. W sumie, chyba popłynęłam z jakąś falą… Moje drugie studia na szacownej Jagiellonce, gdzie wykładowcami byli ludzie z całej Polski i spoza kraju, dały mi wiedzę, tę, którą już z pełną świadomością chciałam otrzymać. One dały mi obycie i możliwość poznania fantastycznego świata akademickiego, ale i tu happy endu nie było, mimo iż sam wybór już był jak najbardziej przemyślany. Są zatem tacy ludzie na świecie, którzy, niezależnie od swoich wyborów, zawsze będą mieć pod górkę, zawsze będzie im wiatr w oczy i zawsze będą mieć za ciasne buty.
 Gabrysia zrobiła małą przerwę w monologu, by odebrać telefon od Marty, by pozmywać po obiedzie, by nastawić pranie, zeszyć rozdarte spodnie Marcysi, by Janek mógł wrócić z zakupami, „zerknąć” w stale psujący się komputer Darka Stępnia (wraz z żoną Jolą i synem Dominikiem stanowią rodzinę zamieszkującą po sąsiedzku z Krzemińskimi) i już po dwóch godzinach mogli ponownie kontynuować rozpoczętą rozmowę, zagłębiając się równocześnie w ich sympatyczny ogród, który tak bardzo sobie oboje upodobali.
 - Ale wiesz, doszłam teraz do jakże szokującego wniosku. Szokującego, w sensie pozytywnym. Uznałam, że nie zmarnowałam tego czasu. On się co prawda nie przełożył ani na pieniądze, ani na karierę, ale gdyby nie Kraków, to nigdy nie poznałabym mojego promotora, a wraz z nim pewnej… hm… prawdy. Otóż, to właśnie mój promotor powiedział mi, że pracę magisterską z moich pierwszych studiów, tę, którą zgubił mój pierwszy promotor (tak mi wówczas zakomunikował), na pewno musiało się czytać jak świetną książkę. Ten krakowski promotor zasugerował mi nawet, sam już wiedząc jak lekkie mam pióro, że ten pierwszy mógł wcale mojej pracy nie zgubić. Mógł ją wziąć sobie na swój własny warsztat. A jeśli tak istotnie się stało, to czyż nie jest to wspaniała pochwała dla mnie? To mogło oznaczać, że tak świetnie piszę, iż można dla tworzonych przeze mnie treści, posunąć się do niezbyt chlubnego postępku. A ty? Ty miałeś propozycję pracy na Politechnice. Nie każdemu to proponują, o tym sam dobrze wiesz. A że wyszło inaczej? O ile pamiętam, to wówczas ja stanęłam ci na drodze i musiałeś wybierać. Ja, ze swej strony, gratuluję ci świetnego wyboru.
 - Pewnie. Sam sobie też gratuluję… Natomiast, jeśli chodzi o ścieżkę kariery, to ostatecznie, w obecnym moim zakładzie nie docenia mnie – i to tylko ze względu na swoją własną wygodę – tylko mój bezpośredni kierownik, no i prezes, rzecz jasna. Reszta, na szczęście ma całkowicie odmienne zdanie – dokończył za Gabrysię Janek, a widząc, że żona otwiera usta, chcąc coś powiedzieć, uprzedził ją. – Wiem, wiem, co chcesz powiedzieć, że to, co umiem jest moje i żaden parszywy kierownik ani prezes mi tego nie odbierze. Owszem, ale człowiek, chciałby być też doceniony, chciałby sięgnąć wyżej. Jak to stale powtarzasz za tym od „Pigmaliona”? „Ideały są jak gwiazdy, nie można ich dotknąć, ale można się według nich orientować”. Bernard Shaw.
 - Dokładnie to chciałam powiedzieć, ale w nieco innym kontekście; sięganie czasem jest przyjemniejsze, niż już posiadanie.
 - To dlaczego wszyscy jednak wolą posiadać, niż tylko sięgać?
 - Bo… bo jeszcze do tego nie dorośli – powiedziała Gabrysia, ale zaraz umilkła, by nie słyszeć w swym głosie fałszywych tonów.

 

Z okazji 55-lecia Wytwórni Filmów Fabularnych, Fundacja ZDOLNI ALE LENIWI wydała książkę, która w bardzo ciekawy sposób opowiada historię wrocławskiej fabryki snów. Wszystkich chcących posiąść tę niepowtarzalną pozycję - wydaną tylko w tysiącu egzemplarzy - zapraszamy do zakupów.

 

Więcej informacji...

 


Partnerzy


Konkurs